Ostatnio coraz częściej mam wrażenie, że stoję gdzieś pomiędzy dwoma wersjami siebie. Tą dawną — lekką, spontaniczną, kierującą się głównie sercem i emocjami. I tą obecną — bardziej zmęczoną, ostrożną, próbującą odnaleźć równowagę pomiędzy uczuciami a rozsądkiem.
Kiedyś wydawało mi się, że jeśli coś czuję mocno, to właśnie tam powinnam iść. Że serce zawsze wie lepiej. I może przez długi czas naprawdę tak było. Bo serce prowadziło mnie do pięknych chwil, relacji, doświadczeń i marzeń. Ale dziś zaczynam rozumieć, że dorastanie to nie rezygnacja z emocji. To nauka chronienia siebie. Nauka wybierania tego, co daje nam spokój, a nie tylko chwilowe ukojenie.
Życie bardzo szybko pokazuje nam powtarzalne schematy. Wracające rozczarowania, podobne sytuacje, relacje, które odbierają energię zamiast ją dawać. I chyba właśnie po to są — żebyśmy pewnego dnia zatrzymali się i powiedzieli: „tym razem wybiorę inaczej”.

Bo nie wszystko, co znajome, jest dla nas dobre.
Czasem wracamy do pewnych ludzi, miejsc czy emocji tylko dlatego, że są nam dobrze znane. Nawet jeśli w środku czujemy niepokój. Nawet jeśli po raz kolejny odbierają nam kawałek siebie.
Dziś coraz bardziej rozumiem, że wybieranie siebie to nie egoizm. To troska. To codzienne, małe decyzje. Takie jak zdrowy posiłek, nawet kiedy łatwiej byłoby zjeść cokolwiek w biegu. Chwila ciszy zamiast nieustannego hałasu. Sen zamiast kolejnego wieczoru spędzonego na udawaniu, że jeszcze mamy siłę.
To także wybieranie ludzi, przy których nie trzeba zakładać masek. Ludzi, którzy nie wymagają od nas ciągłego dopasowywania się, by zasłużyć na ich obecność. Takich, przy których możemy być zmęczone, ciche, pogubione — i nadal czuć się wystarczające. Bezpieczne.
Bo prawda jest taka, że większość z nas codziennie nosi jakieś maski. Uśmiechamy się, kiedy w środku jesteśmy zmęczone. Mówimy, że wszystko dobrze, bo nie chcemy być ciężarem. Dopasowujemy się do otoczenia, do oczekiwań, do ról, które przyszło nam pełnić. Mama. Partnerka. Kobieta, która „ogarnia”.
A przecież pod tym wszystkim nadal jesteśmy po prostu ludźmi. Delikatnymi. Potrzebującymi ciepła, spokoju i chwili oddechu.

Ostatnie miesiące nauczyły mnie też czegoś jeszcze. Że chaos i trudne momenty potrafią jednocześnie odbierać siły i przypominać o tym, co naprawdę ważne. Choroby dzieci, nieprzespane noce, ciągłe zmęczenie — czasami mam wrażenie, że gubię siebie gdzieś pomiędzy obowiązkami a troską o wszystkich dookoła. Ale właśnie wtedy najmocniej widzę, co daje mi prawdziwe szczęście.
Ciepły poranek. Zdrowie. Śmiech.Spokojna kawa wypita bez pośpiechu. Obecność ludzi, przy których mogę oddychać spokojnie.
I choć tęsknię za sobą — za dziewczyną z wolnym sercem pełnym marzeń i lekkości — to wierzę, że ona nadal gdzieś we mnie jest. Może dziś bardziej świadoma. Może ostrożniejsza. Ale nadal potrafiąca marzyć.
Może właśnie na tym polega dojrzewanie.
Nie na tym, by przestać słuchać serca.
Ale by nauczyć się wybierać to, co naprawdę je koi.




